 |
CZERWONY, GŁÓWNY SZLAK BESKIDZKI
Główny Szlak Beskidzki, relacja, zdjęcia, porady
Noclegi na szlaku
Czasy przejść
TATRY - SZCZYTY
Orla Perć
Kościelec 2155
Mała Wysoka 2429
Czerwone Wierchy
Krzyżne 2112
Małołączniak 2096
Rysy 2503
Przełęcz pod Chłopkiem 2307
Szpiglasowy Wierch 2172
Ornak 1854
Bystra 2248
Kasprowy Wierch 1987
Starorobociański Wierch 2176
Wołowiec 2064
Rakoń 1879
Wrota Chałubińskiego 2022
Zawrat 2159
Świnica 2301
Giewont 1894
Więcej....
DOLINY TATRZAŃSKIE
Dolina Białej Wody
Dolina Chochołowska
Dolina Kościeliska
Dolina Pięciu Stawów Polskich
Morskie Oko
Hala Gąsienicowa
Dolina Strążyska
CIEKAWOSTKI TATRZAŃSKIE
Widmo Brockenu, niedźwiedzie w tatrach, legendy tatrzańskie
BESKID ŚLĄSKI
Skrzyczne 1257
Barania Góra 1220
Czantoria 995
Stożek 978
Równica 884
Kaskada Rodła
BESKID ŻYWIECKI
Perć Akademików
Babia Góra 1725
Pilsko 1557
Mała Babia Góra 1515
Romanka 1366
Mędralowa 1169
Wodospad na Mosorczyku
Wielka Rycerzowa 1226
SCHRONISKA
Schroniska górskie
Ostatnia aktualizacja
10:52:45, 05.07.2009
|  |
OPTYMISTYCZNY PESYMIZM - MAGURKA WILKOWICKA - BESKID MAŁY - 27-29.03.2009
UCZESTNICY SPOTKANIA: |
| |
 |  | | | |
Mosorczyk | Maga | | | |
|
Ten wyjazd planowaliśmy od dawna, chcąc tym samym odpocząć od codzienności i zmęczenia. Umówiliśmy się, że spotkamy się w Katowicach na dworcu PKP dnia 27 marca 2009. Jak ustaliliśmy, tak też zrobiliśmy. Pociągiem pojechaliśmy do Wilkowice Bystra, skąd mieliśmy rozpocząć naszą przygodę. Z pociągu patrzeliśmy jak pogoda poprawia się, wlewając w nas wiele optymizmu, choć prognozy nie były najlepsze. O czasie, bo o 12.15 rozpoczęliśmy wędrówkę, choć już na początku nie obyło się bez kłopotów, ponieważ szukaliśmy zielonego szlaku z dworca, który zaprowadziłby nas na Magurkę Wilkowicką 909 m n.p.m. Początkowo poszliśmy w przeciwną stronę niż powinniśmy. Gdy zauważyliśmy, że szlaku nie ma, powiedziałem, że przydałaby się mapa, ale ja sam takowej nie miałem, gdyż nigdzie nie mogłem dostać mapy tego regionu. Maga wtedy powiedziała: "Jak się wybierasz w góry nie mając mapy?". Na szczęście Maga miała mapę, z której szybko wyczytaliśmy, że mamy zawrócić i pójść główną drogą do centrum Wilkowic, skąd zielony szlak skieruje nas na Magurkę Wilkowicką. Poszliśmy jak wskazywała mapa - do centrum. Zanim jednak skręciliśmy w uliczkę, która wiodła stromo do góry, stanęliśmy przed piękną, drewnianą rzeźbą z herbem Wilkowic, gdzie zrobiliśmy zdjęcia.
Za skrzyżowaniem skręciliśmy w prostopadłą, skręcającą w lewo drogę, która kierowała do osiedla Kalwaria Wilkowice. Już od samego początku tej drogi odczuwaliśmy jak strome jest to podejście. Z każdym krokiem było nam coraz cieplej, a i płatów śniegu przybywało. Co chwilę zatrzymywaliśmy się i oglądaliśmy się za siebie, ponieważ podejście to dawało nam wspaniały widok na Skrzyczne, którego pięknem byliśmy urzeczeni. Dodatkowo uwagę zwracały chmury, które cały czas gromadziły się tylko w rejonie jego szczytu. Nieustannie kotłowały się zmieniając kształty. Pomimo tego, że ciemne chmury nadciągały od północnego wschodu, to jednak nie przysłaniały Słońca ani na chwilę, ponieważ jak szybko się pojawiały, tak szybko wiatr rozwiewał je na mniejsze. Minęło zaledwie kilka minut od momentu, od którego rozpoczęliśmy podejście, a dostrzegliśmy jak szybko zmieniało się otoczenie wokół nas. Zieleniejąca okolica zamieniała się teraz w okolicę pełną śniegu, przez który przebijała się nieśmiało wiosna. Droga asfaltowa już wkrótce skończyła się, a my brnęliśmy w świeżych, nieprzedeptanych warstwach śniegu. Weszliśmy w piękny fragment lasu, w którym zalegała gruba warstwa śniegu, a pomimo tego zieleń przebijała się ponad niego. Właśnie takie zestawienie barw skłaniało nas do częstych postojów i podziwiania tego piękna. Niejednokrotnie robiliśmy zdjęcia, aby utrwalić to, co najpiękniejsze. Nie wiele czasu minęło, gdy krocząc w śniegu dotarliśmy do małej kapliczki, która usłana była różnokolorowymi kwiatami.
Idąc wyżej, dotarliśmy do pięknej polany, która dawała nam widok na Skrzyczne oraz Korbielów. Również stąd widzieliśmy odległe okolice i ich zabudowania, nad którymi górowała z pewnością brązowa wieża jednego z kościołów. Przystanęliśmy tu na dłużej aby podziwiać ten wspaniały widok. Wtedy Maga powiedziała, abym wszedł na polanę, gdzie było mnóstwo śniegu, żeby zobaczyć jaki rozpościera się stamtąd widok. Poszedłem i zobaczyłem przed sobą całe Skrzyczne, nie przysłonięte niczym. Pogoda poprawiała się nieustannie, co nas bardzo cieszyło. Było coraz cieplej a niebo stawało się coraz bardziej niebieskie. Z polany wróciłem na ścieżkę i pokazałem Madze starą chatę, która stała poniżej polany zarośnięta gęstymi krzakami. Taki widok nadawał górskiego klimatu tej okolicy. Nienaruszona dzicz, nieprzedeptane szlaki i przepiękne górskie widoki "kazały" nam zatrzymywać się i podziwiać to, czego codziennie nie dane nam było zobaczyć. Szliśmy tak do momentu, aż dotarliśmy do drogi asfaltowej, która była odśnieżona, a szlak przecinał ją tylko. Jako, że śniegu przybywało, a w miejscach odśnieżenia było go ponad 2m, musiałem wydeptać nowy szlak. W lesie było go około 40-50cm. Szliśmy tak przez śnieg, a kiedy zauważyliśmy, że droga znów przecina nasz szlak, Maga zaproponowała, aby iść drogą, ponieważ ten szlak prawdopodobnie prowadzi wzdłuż tej krętej drogi.
Tak też było i tak też zrobiliśmy. Idąc ulicą widzieliśmy jakie nasz zasypany szlak tworzył rowy w lesie. Gdy dochodziliśmy do trzeciego zakrętu postanowiłem, że pójdę jednym z takich rowów śnieżnych, a Maga pójdzie drogą. Doszliśmy w tym samym czasie, docierając do miejsca, w którym szlak i droga łączyły się, lecz od tego miejsca moje serce zaczęło bić dużo szybciej od wysiłku, który dopiero teraz odczułem pierwszy raz. Powoli docieraliśmy pod osadę położoną pod schroniskiem na Magurce Wilkowickiej. Doszliśmy na skrzyżowanie czterech dróg, z których dwie biegły do siebie równolegle. Nie patrząc w mapę wybraliśmy drogę, która wydawała nam się najbardziej odpowiednia. Po kilkunastu minutach doszliśmy do schroniska. Zanim jednak weszliśmy do środka, zatrzymaliśmy się aby podziwiać okolicę na szczycie góry oraz rozległe polany i osady znajdujące się "w dole". Skrzyczne było teraz całkowicie odsłonięte, a okolice Romanki, Rysianki i Hali Boraczej prezentowały się pięknie.
Oglądając się na naszą prawą stronę, gdzie niebo przybrało pięknego błękitu, nie skalanego żadną chmurą, zatrzymaliśmy się i poprosiliśmy dwie kobiety przechodzące tędy aby zrobiły nam zdjęcie wraz z wspaniałymi widokami, które mieliśmy za sobą. Urzeczeni pięknem rozległych okolic, nie mogliśmy nacieszyć się tym, co widzimy. Najpiękniejszy widok jednak zobaczyliśmy, gdy w oddali, na skraju stoku, za którym rozlegały się dziesiątki kilometrów równin, stało samotne drzewo, nad którym wisiały ciemne chmury. Po prawej stronie stał samotnie bałwan ze śniegu, którego samotność na tle rozległych krain ukazywała wielkość gór. Weszliśmy do schroniska mając w planach dotarcie jeszcze tego samego dnia na Hrobaczą Łąkę, gdzie mieliśmy wziąć nocleg. Dyskutowaliśmy z właścicielem co wie na ten temat, ponieważ ja miałem informację, że obiekt jest często zamknięty, dlatego chciałem potwierdzić swoje obawy. Tak też było, bo właściciel powiedział, że w dniu wczorajszym obiekt był zamknięty i jest otwierany tylko na weekend w zimie. Na jadalni próbowaliśmy wymyśleć inną trasę i miejsce noclegu, ale gdy nic nam nie przyszło do głowy postanowiliśmy, że zostaniemy tu. Schronisko na Magurce Wilkowickiej stało się naszą bazą wypadową.
Po zakwaterowaniu, postanowiliśmy, że musimy koniecznie jeszcze gdzieś pójść, ponieważ pogoda sprzyjała wędrówkom, tym bardziej, że ostatnie dwa tygodnie były śniegowo-deszczowe i mroźne. Wyszliśmy ze schroniska na drogę i spojrzeliśmy na drogowskaz. Szukaliśmy drogowskazu na Czupel. Wybraliśmy tą górę, bo dawała widok na Jezioro Międzybrodzkie oraz na Żar. Ze schroniska wyruszyliśmy bez ciężkich plecaków, jednak cały szlak był również nieprzetarty. Miałem nadzieję, że zobaczymy zachód Słońca, lecz z każdą godziną chmur przybywało. Zagłębiając się w pierwszym fragmencie lasu minęliśmy kobietę na nartach, którą ciągnął pies. Pies przywitał się z Magą ciesząc się i skacząc z radości. Idąc dalej, las dawał nam wiele możliwości przejścia na Czupel, jednak my kierowaliśmy się zawsze na najwyższe wzniesienia. Po wyjściu z lasu poczuliśmy na sobie powiew bardzo chłodnego wiatru, który przedzierał się przez hale, którymi kroczyliśmy teraz. W pewnym momencie dotarliśmy do miejsca, gdzie ścieżki rozdwajały się. Poszliśmy skręcając w prawo, ponieważ ta droga prowadziła szczytami gór. Idąc tak, na przemian wchodziliśmy do lasu i na rozległe hale, gdzie zimny wiatr dawał się odczuć za każdym razem. Właśnie z tych hal widzieliśmy kłębiące się chmury w okolicach Korbielowa, które wyglądały tak samo jak chmury przed nadejściem halnego. Widząc kłęby chmur dyskutowaliśmy o halnym i wspominaliśmy najsilniejsze wiatry, jakie zerwały się w górach podczas naszych wycieczek. Na Czupel dotarliśmy po wyznaczonym czasie, jednak nie on się teraz liczył, gdy było się w górach. Zachodu Słońca nie było z powodu chmur, jednak niebo pozwoliło nacieszyć się nam widokiem na pociemniałe niebo z ciemnymi chmurami pomiędzy, którymi powstała czerwona plama od zachodzącego Słońca. Stanąłem i przyglądałem się temu zjawisku, ponieważ oprócz tego, dokładnie nad nami strzępiła się wielka chmura, na której brzegach tworzyły się setki drobnych nitek. Wiatr wiał tu bardzo mocno, a wraz z jego siłą odczuwało się jego chłód. Dopiero teraz zorientowałem się, że ze schroniska nie wziąłem czapki an rękawiczek...
Ze szczytu podziwialiśmy górę Żar oraz Jezioro Międzybrodzkie, które prezentowało się przepięknie w okresie zachodzącego Słońca. Wracając do schroniska zatrzymaliśmy się, aby zrobić zdjęcie na tle schroniska na Magurce Wilkowickiej, które majaczyło gdzieś w oddali oraz cały czas rozmawialiśmy o jedzeniu, które wzięliśmy ze sobą. Napędzający nas głód dodawał sił i szybszego kroku. Z każdym krokiem wymyślaliśmy potrawy, które teraz byśmy zjedli. Rosół wołowy królował ponad wszystko, co wymyśliliśmy do tej pory. Przy takich rozmowach powoli docieraliśmy do schroniska. Idąc szlakiem, minęliśmy chłopaka, który podziękował nam za przetarcie szlaku. Dopiero w drodze powrotnej poczułem jak lekko idzie się po śladach w śniegu. Jako, że tego dnia dobrze się czułem, szedłem obok, równolegle do wydeptanego szlaku, wydeptując drugi, równoległy. Do schroniska nie weszliśmy szybko, ponieważ z przyschroniskowej drogi podziwialiśmy oświetlone Skrzyczne, a za nami oświetlony pas na górze Żar. Przejrzystość powietrza była idealna, choć było już ciemno, a na niebie pojawiało się dużo chmur. Wtedy Maga powiedziała, że mogliśmy zobaczyć Pilsko i Babią Górę, jednak chmury zasłaniały tak odległe widoki.
Kiedy weszliśmy do schroniska byliśmy sami. Nie było innych turystów. Będąc w pokoju, mając widok na Skrzyczne, w ciemnościach chciałem wykonać zdjęcie tamtych okolic. Gdy tylko podszedłem do okna usłyszeliśmy kapiącą wodę. Był nim deszcz, który powoli ściekał po szybie. Myśleliśmy co zrobić z dniem następnym na wypadek, gdyby padał deszcz. Planowaliśmy różne wersje, ale na końcu doszliśmy do wniosku, że choćby przesiedzieć w schronisku, w górach, to będzie bardzo pięknie, bo już samo przebywanie w górach pozwala odpocząć od codzienności i to się teraz dla nas liczyło... Ja zakładałem optymistyczną wersję pogody, że choć przez kilka godzin będzie można gdzieś powędrować. Z tego powodu myśleliśmy nad małą lub dużą pętlą przez Hrobaczą Łąkę i Żarnówkę Małą. Ostatecznie wybraliśmy dłuższą opcję wędrówki. Zanim jednak mieliśmy przystąpić do naszej wędrówki, o 5.30 mieliśmy w planach pójście na wschód Słońca.
Kiedy wstałem o czasie Maga zapytała czy idziemy na wschód. Za oknem słyszeliśmy nieustannie padający deszcz. Faktycznie niebo było zachmurzone, ale deszcz nie padał. Była to kapiąca woda z sopli lodu i spadające, ogromne płaty śniegu ze spadzistego dachu, które uderzały o parapet oraz niżej położony dach. Na niżej położonym dachu wyglądało to tak, jak gdyby zeszła lawina, gdzie utworzyło się zwałowisko. Zresztą śniegu było tyle, że po wschodniej stronie schroniska, płaty śniegu z dachu powoli utworzyły stertę wysoką aż do dachu! Było go tyle, ponieważ cały śnieg z odśnieżania dróg był gromadzony właśnie tam. Pomimo tego wstaliśmy o wyznaczonej godzinie i przygotowywaliśmy się do wyjścia na Dużą Pętlę. Przygotowaliśmy kanapki, zjedliśmy śniadanie, "rudzkie krówki" i "oławską herbatę" i czas już było ruszać. Wyszliśmy o wczesnych godzinach porannych niebieskim szlakiem na Przełęcz Przegibek, skąd dalej mieliśmy pójść na Hrobaczą Łąkę i dalej do Żywca, na Czupel i z powrotem. Samo wyjście ze schroniska dało nam wiele powodów do radości, ponieważ na wschodzie niebo dopiero czerwieniało, a wszystko w około ustało i ucichło. Jedynie ptaki swym śpiewem przywoływały wiosnę, która budziła się już w naszych sercach. Gdy zeszliśmy z drogi przyschroniskowej Maga zaśmiała się widząc przez jakie warstwy śniegu musimy się przebijać dzisiejszego dnia.
Szlak był nienaruszony. Jedynie ślady ptaków przecinały nasze ścieżki. Cel naszej wyprawy widzieliśmy już stąd, jednak był dość odległy. Początkowo szlak był równy. Właśnie stąd podziwialiśmy czerwieniejące niebo na wschodzie oraz okolice góry Żar. Niebo było teraz tak spokojne, że nic nie zapowiadało deszczu, który ewentualnie mógł nadejść. Kiedy doszliśmy do skrzyżowania czerwonego i naszego, niebieskiego szlaku, zatrzymaliśmy się aby nacieszyć się otaczającą nas przyrodą, dziczą i nieprzedeptanym śniegiem. Słońce zaczęło oświetlać wszystko w około nas. Szybko poczuliśmy ciepło, dzięki któremu mogliśmy zapomnieć o zimowych ubraniach. Wspólne zdjęcie na tle wspaniałej przyrody i już czas było ruszać dalej. Powoli zaczęliśmy schodzić po długim zboczu w kierunku Przełęczy Przegibek. W miejscu, gdzie szlak zakręcał lekkim łukiem w prawo usłyszałem gdzieś w oddali kosa, a kiedy zacząłem naśladować jego śpiew, odezwał się inny, będący blisko nas. I kiedy odpowiadałem na każdy jego śpiew, ten odpowiadał na każdy mój. A kiedy zakończyłem on również zakończył. Maga śmiała się z tej "rozmowy", bo od razu wspomniała nam się reklama Żubra wraz z hasłem: "Żubr odpowiada każdemu". Słysząc odgłosy dziesiątków ptaków i widząc rozjaśniające się niebo oraz nienaruszoną przyrodę przystanęliśmy, aby pobyć w tak pięknym otoczeniu.
Po krótkiej "rozmowie" z kosem, rozpoczęliśmy schodzić do przełęczy. Zejście było strome, więc szybko odczuwaliśmy jak zima powoli nas opuszcza, a wiosna znów wkracza na nasze tereny - podobnie jak dnia pierwszego tyle, że w odwrotnej kolejności. Ze stromego stoku podziwialiśmy Bielsko Białą rozlegającą się na szerokich równinach oraz ośnieżone stoki gór niższych na tle niebieskiego nieba. Będąc tu, podziwialiśmy szyszki na gałęziach modrzewi europejskich, których było setki. Skupione były w wielkich grupach czyniąc tą okolicę udekorowaną naturalnie. Dotarliśmy na Przełęcz Przegibek. Tu śniegu nie było wiele i można było odczuć cywilizację, za którą teraz nie tęskniliśmy. Zatrzymaliśmy się przy tablicy informacyjnej, po czym przeszliśmy na drugą stronę ulicy, gdzie ponownie weszliśmy w las, gdzie szlaki nieprzedeptane były. Do czasu, bo gdy rozpoczynaliśmy nowy etap wędrówki, z lasu wyjeżdżał duży ciągnik z łańcuchami na kołach, który ciągnął za sobą świerkowe bale, robiąc tym samym ogromne wyrwy w śniegu. Pozostało nam iść po kanałach, które wyżłobiły bale w śniegu. O tyle było dobrze, że nie zapadaliśmy się tak, jak na świeżym śniegu, jednak sam widok przejeżdżającego pojazdu nie ucieszył naszych oczu, ponieważ jeszcze jakiś czas temu słuchaliśmy śpiewu ptaków i podziwialiśmy nienaruszone okolice. Powoli nasz szlak piął się do góry, co oznaczało, że to, co zeszliśmy, teraz musieliśmy wejść. Na szczęście wydrążone kanały szybko się zakończyły, bo droga leśników skręcała gdzie indziej. Znowu wydeptywałem ścieżkę w śniegu, co cieszyło mnie bardzo, bo wiedziałem, że idziemy na nieprzetarte tereny.
Szliśmy tak powoli. Las stawał się coraz gęstszy, a ścieżka wśród drzew coraz węższa. Wędrowaliśmy tak, aż doszliśmy do kolejnego skrzyżowania szlaków, które przypominało wielką, kurzą łapkę, ponieważ trzy szlaki biegły prawie równolegle do siebie, a czwarty, dokładnie w przeciwną stronę. Od tego momentu zmieniliśmy nasz niebieski szlak na czerwony, który zaprowadzić nas miał na Hrobaczą Łąkę. Był to chyba najpiękniejszy odcinek, ponieważ góra dawała nam wspaniałe widoki, a szlak prowadził rozległymi halami. Gdy dochodziliśmy wśród niskich świerków do wielkiej hali, poczuliśmy zapach ogniska, dzięki któremu wspomniał mi się klimat z różnych ognisk na jakich kiedykolwiek byłem. Ten zapach skłonił nas do wspomnień, dlatego rozpoczęliśmy rozmawiać o ogniskach. Od razu pomyśleliśmy o kiełbasie przyrządzonej na ogniu w takim otoczeniu. Idąc tędy zauważyliśmy, że pomiędzy drzewami widać jakieś ślady, podobne do psich, jednak różniły się od nich, co mogliśmy porównać ze śladem, który sfotografowała Maga już wcześniej. Porównaliśmy go ze zdjęciem Magi i rzeczywiście nie pasował do tego, który mieliśmy przed sobą. Dalej zauważyliśmy, że to zwierze biegło, ponieważ swoje ślady zostawiało po cztery w jednym punkcie.
Szliśmy dalej. Kiedy zobaczyliśmy wielką halę przed nami, którą pokrywał nienaruszony śnieg zastanawialiśmy się czy iść dalej, bo szkoda było niszczyć tak piękny widok naszymi śladami. Z tego powodu stanęliśmy przed nią i podziwialiśmy ją. W końcu się zdecydowaliśmy i poszliśmy, okrążając halę nieco większym łukiem. Na jej środku stało tylko jedno drzewo, które stało się naszym punktem odniesienia. Znaków szlaku nie było, więc jak dnia wczorajszego szliśmy najwyższymi punktami otoczenia. Dzięki tej metodzie znaki szybko się znalazły i powolnym krokiem zmierzaliśmy dalej. Po przejściu hali Maga czuła się zmęczona. Widać było, że opadała z sił. Z tego powodu zatrzymaliśmy się. Cały czas myślała o tym, żeby dotrzeć do Hrobaczej Łąki, gdzie odpoczęlibyśmy. Przedeptywaliśmy kolejne fragmenty szlaku. Już wkrótce dochodziliśmy do kapliczki na nieznanej nam przełęczy, gdzie pomiędzy pięcioma starymi bukami była ona umiejscowiona. Po krótkim odpoczynku i zjedzeniu "rudzkich krówek", jak nazwaliśmy cukierki, które nosiliśmy ze sobą, szło się bardzo dobrze. Nie wiele czasu minęło gdy dotarliśmy do wielkiego krzyża. Tutaj odezwało się moje oko elektryka. Jak zwykle dojrzało tam jakąś skrzynkę, która być może była skrzynką rozdzielczą. Zastanawiałem się po co tam stoi. Pozostawiłem ten temat sobie w myślach, którego rozwiązanie znalazłem jeszcze tego samego dnia wieczorem.
Będąc pod krzyżem stanęliśmy na podeście, który dawał widoki na góry oraz okolice. Po zejściu z podestu pozostało nam tylko wydeptać szlak do Chaty Turystycznej Hrobacza Łąka. Tam również zaspy śniegu na dachu łączyły się ze śniegiem zalegającym na ziemi. Weszliśmy do środka. Nie było tam nikogo oprócz nas. W środku, na jadalni, podziwialiśmy piękne zdjęcia z gór wszelakich. Usiedliśmy w takim miejscu, gdzie mieliśmy piękny widok na Skrzyczne oraz naszą bazę wypadową, jakim było Schronisko na Magurce Wilkowickiej. Po dłuższym odpoczynku Madze zrobiło się zimno, dlatego zbieraliśmy się do wyjścia. Zanim jednak opuściliśmy tą chatę do środka weszło trzech miejscowych donosząc skrzynkę piwa na grubym patyku, którą wnosiły dwaj mężczyźni, a za nimi szła starsza kobieta. Opuszczając chatę oglądnęliśmy się jeszcze za siebie i wróciliśmy do krzyża, skąd czerwonym szlakiem poszliśmy dalej do Żarnówki Małej. Schodząc tym szlakiem podziwiałem grzyby, które napotykałem na swej drodze. Zauważyliśmy również, że czym niżej schodzimy tym bardziej jest ciepło. Jak miejscowi z chatki powiedzieli: "Tam, na dole jest 15 stopni Celsjusza". Tutaj wiał dosyć silny wiatr. Z każdym krokiem wysokości nam ubywało, jednak Maga słusznie zauważyła, że: "śniegu jest wciąż tyle samo". Schodzenie w kierunku Żarnówki Małej było przyjemne, bo nogi nie męczyły się a dodatkowo zmieniało się otoczenie.
Podziwialiśmy różnego rodzaju grzyby, porosty oraz żywicę, która tworzyła wielkie rozlewiska i skupiska na drzewach. Teraz wchodziliśmy do tak gęstego lasu świerkowego, że ścieżka, którędy prowadziła, była tak wąska, że tylko jedna osoba mogła przejść pomiędzy drzewami. Igły młodych świerków były żywo zielone, co w zestawieniu z białym, nieprzedeptanym śniegiem dawało piękne widowisko. Właśnie tutaj zatrzymaliśmy się, aby zrobić zdjęcie tego, co nas otacza. Z każdym krokiem odczuwaliśmy coraz większe ciepło, a zza drzew przebijały się czerwone dachy domów. Był to znak, że już nie daleko do miasta. Kiedy schodziliśmy ku naszemu zdziwieniu, ujrzeliśmy przed sobą większy pas czarnej drogi. Był to kamienisty szlak, przez który płynął potok. Od jego wód odbijało się błyszczące Słońce. Potok tylko na tym odcinku był widoczny, bo jego wody wpływały pod grubą warstwę śniegu. Ta okolica przypominała nam o wiośnie. Jeszcze kilkanaście minut i doszliśmy do miejsca, w którym nagle warstwa śniegu zamieniała się w zieleniejącą trawę, którą przecinały tylko większe płaty śniegu. Nie było to płynne przejście. Dokładnie można było wyrysować linię gdzie kończy się śnieg i zaczyna trawa. To zastanawiało mnie bardzo. Od teraz mogliśmy iść równo ze sobą, ponieważ nie musiałem już wydeptywać śladów, które ułatwiały wędrówkę Madze.
Od teraz szliśmy po ziemi, która budziła się do życia. Około 10min później dotarliśmy do zakrętu, gdzie zwożono świerkowe bale. Kiedy próbowałem stanąć na tamtejszej drodze zatopiłem się w głębokiej warstwie błota. Szlak był zniszczony w tym miejscu, dlatego turyści wydeptali ścieżkę powyżej drogi, którą błoto dosłownie płynęło. Docieraliśmy już do drogi asfaltowej, którą dalej mieliśmy 5km wędrować aż do Międzybrodzi Bialskich. Zanim jednak tam powędrowaliśmy, poszliśmy nad kaskadę, gdzie zrobiliśmy wspólne zdjęcie oraz na wielką zaporę w Żarnówce Małej, która zapewniała zasilanie dla Elektrowni Wodnej "Żarnówka". Na zaporze zatrzymaliśmy się na dłużej, bo niebo było bezchmurne i faktycznie było 15 stopni, o których mówił jeden z miejscowych w chacie turystycznej na Hrobaczej Łące. Jedynie wiatr był bardzo silny, ale na szczęście nie chłodny. Był na tyle silny, że nie mogliśmy przejść stabilnym krokiem. Przed nami było 5km drogi asfaltowej do Międzybrodzi Bialskich. Na początku nie było nawet pobocza, żeby przejść, więc musieliśmy kroczyć drogą. Idąc tak, wzdłuż linii brzegowej Jeziora Międzybrodzkiego podziwialiśmy okolice góry Żar oraz fioletowe stoki od budzących się do życia drzew. W końcu doszliśmy do Międzybrodzi. Maga powiedziała, że przydałby się śnieg, bo zawsze to mniej nogi się męczą na nim niż na drodze asfaltowej. Wówczas powiedziałem, że docenia się to, co się traci.
Zanim wyruszyliśmy na Czupel z Międzybrodzi, wstąpiliśmy do marketu uzupełniając nasze zapasy wody. Skręciliśmy w prawo, w jedną z lokalnych uliczek, która zaprowadzić miała nas na szlak. Kiedy Maga zobaczyła jedną z tych dróg powiedziała: "mam nadzieję, że takim szlakiem nie będziemy iść". Ja nic nie mówiłem, bo przed nami, nasza właściwa droga była jeszcze bardziej stroma... Tutaj rozmawialiśmy o zachodzie Słońca, który chciałem koniecznie obejrzeć. Maga powiedziała, że pozostało nam tylko trzy godziny czasu, więc z pewnością to nam się nie uda. Ja jednak wierzyłem, że się uda i że zobaczymy go oboje. Rozpocząłem podchodzenie na Czupel. Już od samego początku szlak był bardzo stromy i dawał się odczuć. Już po pięciu minutach pojawiły się pierwsze płaty śniegu, a za kilka kolejnych minut śnieg w całości pokrywał już szlak. Znowu musieliśmy wydeptywać własny szlak. Podchodziłem krótkimi kawałkami, aby Maga mogła odpocząć. Wysokości nam przybywało w szybkim tempie. Idąc tak, zauważaliśmy jak promienie Słońca ciemnieją. Maga martwiła się natomiast, że nie zdążymy. Ja jednak nadal twierdziłem, że zdążymy i nawet jeśli będziemy odpoczywać co chwilę, to nie spóźnimy się. Przyznam, że to podejście pokonywaliśmy bardzo szybko. Maga nie chciała się spóźnić, więc starała utrzymywać się stałego kroku. Mówiła tylko: "Jak będziesz widział przełęcz to rycz!".
Około półtora godziny później dotarliśmy na przełęcz, której Maga tak wypatrywała, a kiedy stanęliśmy na przełęczy powiedziałem jej, że zostało jeszcze 50min do zachodu Słońca. Zdziwiła się, że pokonaliśmy tak szybko ten odcinek. Od teraz powolnym krokiem podchodziliśmy na ostatni stok - na Czupel. Zajęło nam to zaledwie 12min. Będąc tam, na szczycie oczekiwaliśmy zachodu Słońca. Niebo powoli czerwieniało i pojedyncze chmury przybierały fioletowej barwy. Oczekiwaliśmy aż nadejdzie ta chwila. Wiatr zawiewał bardzo zimnymi podmuchami, dlatego musieliśmy schować się za wielką zaspą śniegu, która chroniła nas od jego podmuchów. Dodatkowo chronił nas gęsty las od strony południowej. Postanowiliśmy, że będziemy tu czekać aż Słońce zrówna się z linią lasu. Dokładnie stąd Maga zobaczyła to, co tak bardzo ujrzeć chciała. Pilsko i Babią Górę. Widoczność była tak dobra, że bez problemów można było je odróżnić po charakterystycznych kształtach. Gdy nadszedł ten czas wyszedłem ponad zaspę i zawołałem Magę, ponieważ zachód lada chwila miał się zacząć. Widok był przepiękny. Czerwieniejące promienie rozdzielały się wśród gałęzi drzew oświetlając ośnieżone hale. Długo wpatrywaliśmy się w powoli zachodzące Słońce, które stawało się coraz bardziej czerwone.
Po zachodzie szybko powędrowaliśmy niebieskim szlakiem - tym samym, którym weszliśmy wczoraj na tą górę, więc ślady były już wydeptane. Musieliśmy iść tuż po zachodzie Słońca, bo Maga powiedziała, że strasznie jej zimno w stopy ponieważ na wcześniejszych etapach przemokły jej buty. Idąc, właśnie teraz dostałem odpowiedź na pytanie po, co stała ta skrzynka, którą nazwałem skrzynką rozdzielczą pod krzyżem. Patrząc w stronę Hrobaczej Łąki zauważyliśmy, że cała konstrukcja krzyża jest podświetlona. Piękny to był widok na tle ciemniejącego nieba, bo widać go było z wielu odległych szczytów. Kiedy Maga rozgrzała się już wystarczająco zatrzymaliśmy na granicy jednej z hal i lasu. Spoglądaliśmy na Księżyc, który wyglądał inaczej niż ten, którego znamy z miasta. Tutaj wszystko było bardzo wyraźne i przejrzyste, jednak największą uwagę przykuł cień rzucony na Księżyc, ponieważ było widać całą tarczę Księżyca i cień w środku niego. Zupełnie jak podczas zaćmienia Księżyca. Podziwialiśmy również niezliczoną ilość gwiazd, których z miasta po prostu nie widać. Gdy zmierzaliśmy w stronę schroniska, głód znowu dał się odczuć, bo ponownie majaczyliśmy coś o jedzeniu, gdzie ponownie królował wołowy rosół... Po przybyciu do schroniska było miło, bo pomimo zmęczenia, na naszym piętrze zakwaterowana była grupa harcerzy, która na korytarzu grała i śpiewała piosenki na gitarze. Miło było usiąść po całodziennej wędrówce, odpoczywać i wsłuchiwać się w piosenki. Teraz naprawdę można było odczuć klimat gór, który jeszcze nie umarł... Na rano umówiliśmy się ponownie na wschód Słońca. Z tą różnicą, że teraz był on o 6.31, bo o 2.00 w nocy przestawialiśmy wskazówki zegara o godzinę do przodu.
Rano wstaliśmy o wyznaczonej godzinie. Obudziłem Magę i bardzo szybkim krokiem wyszliśmy przed schronisko. Chmur było wiele i nawet zaczynał padać rzęsisty deszcz. Pomimo tego wyczekiwaliśmy wschodu, bo widzieliśmy szczeliny w chmurach i czerwieniejące niebo na wschodzie. Wschodu Słońca nie ujrzeliśmy, ale bardzo byliśmy ucieszeni z wczorajszego dnia, który był dla nas pełnym sukcesem, bo wykorzystaliśmy cały dzień na wędrówce. Po wyczekiwaniu na wschód poszliśmy z powrotem do schroniska, gdzie przygotowywaliśmy się do powrotu. Po około dwóch godzinach zeszliśmy ulicą, którą częściowo wchodziliśmy podczas pierwszego dnia. Zejście trwało bardzo szybko. Pomimo, że chmury pokryły całkowicie niebo, to widoczność była bardzo dobra i Skrzyczne widać było w całości. Doszliśmy do Wilkowic. Nocny deszcz z piątku na sobotę roztopił śnieg na drodze. Postanowiliśmy, że z dworca w Żywcu pojedziemy pociągiem do naszych domów. Idąc drogą w Wilkowicach, na jednym z przystanków autobusowych zauważyliśmy monitor komputerowy pozostawiony na ławce. Ten widok nas rozweselił. Czasu do odjazdu pociągu mieliśmy wiele, więc Maga zaprosiła mnie do swojego dziadka, który mieszkał tu, w Żywcu. Miło mi było go poznać. Dowiedzieliśmy się, że w Żywcu organizowany jest półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego, ponieważ gdy szliśmy do dziadka widzieliśmy zawodników przygotowujących się do biegu oraz zamknięte drogi przeznaczone pod ten maraton. U dziadka rozmawialiśmy o górach i różnych okolicznych trasach. O czasach jak to było kiedyś i jak jest teraz. Również żartowaliśmy ze swoich wad, bo dziadek wyłączył aparat słuchowy i powiedział, że teraz możemy do niego gadać. Na to ja zdjąłem okulary i powiedziałem, że teraz możecie mi pokazywać góry, bo lepiej słyszę niż widzę. Wybuchliśmy głośnym śmiechem.
Niestety przyszedł czas na nas i musieliśmy już iść. Dziadek postanowił, że nas odprowadzi na dworzec i wtedy padły słowa wypowiedziane przez Magę, które utkwiły mi w pamięci, ponieważ Maga powtarzała je swojemu dziadkowi, a ja Madze. I takim optymistycznym akcentem nasze spotkanie się zakończyło...
|  |
KLUB GÓRY-SZLAKI
O klubie
Klubowe zjazdy
Statut
Jak do nas wstąpić?
Członkowie naszego klubu
Najbliższe spotkania
Kontakt z założycielem klubu

WSZYSTKO O BABIEJ GÓRZE
Babia Góra - charakterystyka
Historyczne schroniska
Wschody i zachody Słońca na Babiej Górze
Perć Akademików
Skałki Babiej Góry
Mokry Stawek
KALENDARZE W GÓRY
Kalendarz Księżycowy
Kalendarz Słoneczny
R E K L A M A

JASKINIE I JAMY W TATRACH
Jaskinia Mroźna
Jaskinia Mylna
Jaskinia Dziura
Smocza Jama i Wąwóz Kraków
TATRZAŃSKIE STAWY
Stawy w Tatrach, Tatrzańskie stawy
SZCZYTY W POLSCE
Korona Polski
Najwyższe szczyty Polski
Tatrzańskie szczyty (dwutysięczniki)
PRZEJŚCIA GRANICZNE
Przejścia graniczne w górach
WODOSPADY
Wodospady i kaskady
INNE
Słowniczek górski
Kalkulator temperatury odczuwalnej
REKLAMA
Naszywki
|
 |